Wpis stokrotny

No, bo właściwie od czego tu zacząć? Od czytanego w dzieciństwie zbioru opowiadań, w którym jest historyjka o chłopcu próbującym w wielkim trudzie napisać list? A może napisać o tym, co powtarzam z uporem godnym lepszej sprawy narażając się na wyszydzenie i zarzuty o dewocji i fanatyzmie religijnym, czyli o tym, że wartości etyczne, że wyznawany światopogląd, koncepcja człowieka i kultury, mają bezpośrednie, choć być może nieoczywiste przełożenie na kierunek badań i poszukiwań technologicznych? Spróbujmy.

 

Będąc nałogowym testerem czytników ekranu od wielu lat obserwuję ich rozwój. Pisanie o technicznych drobiazgach w rodzaju: na stronach, które… wprowadziliśmy zmianę powodującą, że… lub: w nowej wersji czytnika zamykanie okna aplikacji X nie powoduje już zawieszania systemu, byłoby z pewnością nudne. Spróbujmy zatem, jako że zbliża się kolejny Kongres Osób z Niepełnosprawnościami, spojrzeć na zagadnienie z nieco szerszej perspektywy.

 

Uwzględnianie potrzeb osób z niepełnosprawnościami stało się, przynajmniej na poziomie deklaracji, aksjomatem dla twórców środowisk cyfrowych. Wszystkie liczące się systemy operacyjne mają lepiej lub gorzej zaimplementowane mechanizmy dostępnościowe. Kilka lat temu podczas odbywającego się w Barcelonie kongresu technologii mobilnych Apple, Google, i Microsoft zgodnie twierdziły, że zbudowanie architektury dostępnościowej nie przyniesie żadnych efektów jeśli twórcy aplikacji nie zaczną stosować w praktyce mechanizmów tej architektury. Najsilniej brzmiał wtedy głos Microsoftu, a złośliwi, w tym i piszący te słowa, twierdzili, że zwykle złodziej najgłośniej krzyczy, że dokonano kradzieży, że innymi słowy mówiąc, Microsoft ma najmniejsze prawo do przywoływania kogokolwiek do działań na rzecz niepełnosprawnych.

 

Dziś, gdy świadomość problemu dostępności cyfrowej wzrosła, gdy powoli i nieśmiało zaczyna się zauważać także uniwersalne korzyści płynące z implementacji tych mechanizmów, drobne zmiany w systemach operacyjnych, oraz w działających na tych platformach aplikacjach, zaczynają się dodawać, a na pojawiającym się efekcie synergii zyskujemy wszyscy.

 

A oto przykład.

Od pewnego czasu Microsoft angażuje spore zasoby w poprawę dostępności systemu Windows. Jestem na bieżąco, bo co kilka tygodni instaluję kolejną wersję testową systemu. Zmiany, jak można wnosić z obserwacji własnych oraz lektury blogów dostępnych na stronach Firmy, obejmują nie tylko sam czytnik ekranu, ale także błędy dostępnościowe systemu operacyjnego i aplikacji. Czy wobec tego zabraknie miejsca dla innych czytników ekranu?

 

Wygląda na to, że nie stanie się to tak szybko jak można by przypuszczać. Dlaczego? Ponieważ celem twórców Narratora jest, jak się wydaje, nie tyle stworzenie czytnika który wyeliminuje z rynku inne produkty tego rodzaju, ile stworzenie środowiska, w którym będzie się dobrze funkcjonowało osobom z niepełnosprawnościami. A efekt synergii?

 

Najnowsza wersja NVDA nie stanowi epokowego przełomu w dziedzinie czytników ekranu. Gdy jednak prace nad drobnymi poprawkami dokonywane są przez twórców czytnika i twórców systemu, to sumowanie się tych drobnych zmian daje w efekcie zauważalny skok jakościowy. Inaczej mówiąc, z lektury logu zmian od poprzedniej do najnowszej wersji czytnika nie wynika efekt, którego doświadczy użytkownik NVDA instalując najnowszą stabilną wersję czytnika na najnowszej testowej wersji systemu Windows. Moim zdaniem mamy tutaj do czynienia z istotnym efektem synergii. Praca w warunkach środowiska bodaj częściowo otwartego, konkurencja z możliwością patrzenia sobie wzajem na ręce, jest być może trudniejsza, ale jeśli u podstaw tej pracy leży troska o dobro wspólne, a śmiem przypuszczać, że sytuacja omówiona powyżej spełnia ten warunek, to zyskać możemy na tym wszyscy, zaś ciężar niepełnosprawności, przepaść między sprawnymi i niepełnosprawnymi, ma szansę zmniejszać się znacznie szybciej, niż możnaby przypuszczać.

Teatr wyobraźni

Kilka słów o analfabetach

Kilka miesięcy temu bardzo ostro oprotestowano moją opinię, że kto nie czyta pisma (dotyczy to także tych, którzy wprawdzie piszą literami lub innymi znakami pisarskimi), lecz jedynie słucha tekstów pisanych, jest w sensie funkcjonalnym, a ściślej w sensie receptywnym, analfabetą. Uznano, że używanie przeze mnie tego słowa jest obraźliwe. Być może z punktu widzenia poprawności politycznej winienem wynaleźć dziwotwór językowy w rodzaju reading disabled lub, jeśli wolicie polską wersję, czytający inaczej. Ja jednak pozostanę przy swoim.

 

Twierdzenie, że słowo „analfabeta” jest pejoratywne obnaża niepokój tych, którzy je wygłaszają. Czują oni wyraźnie, że w jakiś sposób są na marginesie społeczności osób piszących. To zrozumiałe. Piśmienność jest przecież trwającym od tysięcy lat spoiwem naszej cywilizacji. Jakkolwiek literatura i jakakolwiek forma opowieści pochodzi ze swej pierwotnej, ustnej formy przekazu, to rozwój pisma nadał przecież przekazowi treści własne, pismu jedynie właściwe, formy wyrazu.

 

W tym miejscu należy postawić pytanie: czy tak definiowana niepiśmienność nie może tworzyć w kulturze wartości dodanej.

Moim zdaniem jest to nie tylko możliwe, ale wręcz już się dzieje. Tak jak osoby niesłyszące stworzyły język dopasowany do ich sposobu istnienia w świecie, tak ci, którzy z różnych powodów przyswajają czy przetwarzają treści w formie dźwiękowej, mogą, a nawet, o ile mi wiadomo, podjęli próby stworzenia swoistych dla takiego stanu rzeczy, środków wyrazu artystycznego. Innym, zasługującym na osobny tekst, zagadnieniem jest kwestia kompensowania niedostępności bodźców wizualnych za pomocą informacji przekazywanych w kanale dźwiękowym. Sonifikacja, bo o niej tu mowa, może być bowiem techniką stosowaną z powodzeniem w projektowaniu uniwersalnym.

Przejdźmy jednak do naszych artystów.

Dramat na syntezatory? Czemu nie.

Dość dawno temu, gdy Klango miało sporą grupę entuzjastycznych użytkowników, a projekt raźnie się rozwijał, zwróciło moją uwagę interesujące zjawisko. Wśród użytkowników Klango była pewna grupa kolekcjonerów głosów syntetycznych. Wśród tych osób znaleźli się i tacy, którzy podjęli próby nagrywania czegoś w rodzaju mini form teatralnych rozpisywanych na syntezatory mowy. Te, jak mogłoby się wydawać postronnemu obserwatorowi, głupawe zabawy, pokazały, że syntezator mowy nie jest medium przezroczystym dla tekstu. Ma on bowiem właściwą swej budowie, próbkom głosu, których użyto do stworzenia głosu syntetycznego, algorytmom zastosowanym do produkowania mowy, czy wreszcie dostępnym parametrom intonacji, zakresu zmian wysokości i barwy dźwięku, oraz innym parametrom, których tu nie wymieniłem, ekspresję. Jest więc syntezator mowy w jakimś sensie sztucznym aktorem, a co za tym idzie, jest do pomyślenia taka sytuacja, że oto znajdzie się reżyser, który zechce takiego aktora użyć.

 

Skoro tak, to można powiedzieć, że użytkownicy syntezatorów mowy mają możliwość stworzenia nowej jakości estetycznej. Mogą otworzyć nieznane pola twórczości dźwiękowej.

 

A jaki stąd wniosek dla tych, którzy z uporem godnym lepszej sprawy chcą podsycać wojnę między brajlem a technologiami?

Dla mnie prosty. Napisano bowiem: poznajcie prawdę, a prawda was wyzwoli.

Po pierwsze więc, książki się czyta. Słuchanie syntezatorem mowy nie jest czytaniem.

Po drugie, korzystanie z syntezatorów mowy jest dla nas niewidomych koniecznością. Powodów tego stanu rzeczy jest wiele. Nie czas i miejsce, by je tutaj szczegółowo omawiać.

Po trzecie, jedynie poprzez brajla osoba niewidoma ma możliwość pełnego obcowania z tekstem pisanym. Najnowszy przykład odchodzenia od brajla na rzecz syntezy mowy, to przygotowanie w DZDN książki Kamila Pietrowiaka „Świat po omacku”. Wersja cyfrowa tekstu została poddana pewnym zabiegom edytorskim po to tylko, by było łatwo przesłuchać ją syntezatorem mowy. Np. zamiast normalnych brajlowskich oznaczeń używanych dla wskazania początku i końca cytatu zastosowano umieszczone w nawiasach odpowiednio słowa”początek/koniec cytatu”. Zabieg taki wskazuje wyraźnie, że słuchanie tekstu syntezatorem mowy nigdy nie zastąpi czytania tekstu. Można oczywiście podnosić tezę o udoskonalaniu mechanizmów sterowania syntezą mowy, ale nawet jeśli uda się przeskoczyć problem wyróżnień, cytatów, przypisów, czy wreszcie wielojęzyczności tekstu, to i tak pozostanie wiele innych problemów teoretycznie być może możliwych do pokonania, lecz praktycznie poza zasięgiem dźwiękowego sposobu recepcji tekstów.

I wreszcie po czwarte, korzystanie z mowy syntetycznej stawia nas przed szansą przeżycia fantastycznej przygody intelektualnej czy estetycznej. Wznośmy się zatem na wyżyny postępu nie poprzez odrzucanie dorobku pokoleń, lecz poprzez wzbogacanie go o to, co nowe. Czas końca pisma jeszcze póki co nie nadszedł. Może więc warto powiedzmy zacząć akcję niewidomych na rzecz stworzenia ośmiopunktowej tablicy brajlowskiej wspólnej dla całej Unii Europejskiej? A może już taka tablica istnieje tylko nikt jej nie promuje wśród niewidomych? Może warto zamiast organizowania demonstracji niewidomych w Warszawie zrobić raz do roku skierowaną do widzących promocję osób niewidomych? Jak długo jeszcze dziennikarze będą mówić o języku brajla? Przecież to nasza wina, że oni nie wiedzą.

 

A teatr wyobraźni?

Ten teatr może być doskonałym służącym naszej sprawie narzędziem.

Światy równoległe, czyli fotografia dla niewidomych i zaawansowanych

Opowiem wam bajkę

Jakieś dwa i pół tysiąca lat temu pewien wysoki, barczysty i, o ile dobrze opowieść Diogenesa pamiętam, obdarzony bujną czupryną filozof, miał ucznia. Uczeń był z tych wesołych, mocno chodzących po ziemi tłuściochów. Zanim trafił do swego ateńskiego nauczyciela nauczył się od ojca rzemiosła lekarskiego.

Platon był ze swego ucznia bardzo zadowolony. Chciał mu nawet przekazać Akademię, ale drogi ucznia i nauczyciela rozeszły się w wyniku sporu naukowego, co dało początek całej naszej cywilizacji.

O co właściwie poszło?

Platon zauważył, że jeśli dwóch ludzi spróbuje opisać jakiś przedmiot, to opisy te często będą się od siebie różnić. Dlaczego? Przecież każdy stara się jak najlepiej wypełnić postawione przed nim zadanie. Ano dlatego, że być może każdy z nas widzi rzeczy nieco inaczej. Skoro tak, to jak to się dzieje, że obaj możemy podejść do drzewa i zerwać z niego jabłko? Jest to możliwe, ponieważ drzewo istnieje sobie niezależnie od tego, co widzimy, czego dotykamy. Nasze postrzeganie świata jest sterowane tym jakie są przedmioty, które postrzegamy, ale tak naprawdę nie postrzegamy przedmiotów, lecz reagujemy na bodźce sterujące.

Tak można na bardziej współczesny język przełożyć opowieść o platońskiej jaskini.

W czasach, o których tu mowa, nie istniało pojęcie wirtualizacji i wszystko to, dzięki czemu poruszamy się w świecie cyfrowym. Dlatego Arystoteles mógł powiedzieć, że takie podejście do rzeczywistości powoduje w ostatecznym rachunku kompletną utratę kontaktu ze światem, bo przecież wirtualnym kotletem nikt się jeszcze nie najadł.

Dawny ten spór do dziś kształtuje nasz sposób myślenia. Zaraz wam to pokażę.

Oto jak te fundamentalne założenia teoriopoznawcze wpłynęły na twórców czytników ekranu.

Czytnik ekranu po platońsku

Na początek uwaga dla czytelników drobiazgowo czepiających się szczegółów. Przywoływanie czytnika jakiejś firmy ma tutaj cel jedynie ilustracyjny. To nie jest dokumentacja deweloperska. Mówimy o założeniach bazowych, czyli o tym, co kształtuje sposób myślenia twórców czytnika ekranu a nie o tym, że tu czy tam należy nacisnąć taką czy inną kombinację klawiaturową. Filozofujemy. Po tej uwadze wstępnej wracam do moich rozważań.

Użytkownik platońskiego czytnika ekranu dostaje treść, jakiś interfejs do poruszania się w przestrzeni cyfrowej, do zarządzania treścią. Warunkiem brzegowym jest dostępność sensu.

Powiedzmy bardziej konkretnie: użytkownik nie wie nic o formatowaniu tekstu, tabelach, nagłówkach itd, chyba, że jest to warunek konieczny dla udostępnienia tego, co roboczo nazwaliśmy sensem. Takie podejście zastosowała np. firma Apple tworząc swój czytnik dla komputerów. Model ma swoje zalety bo można go dostosować do możliwości poznawczych użytkownika. Ma jednak wady. Niewidomy użytkownik, który nie zapoznał się z wizualną wersją interfejsu nie jest w stanie np. dzielić z osobą widzącą doświadczenia korzystania z komputera. Mówiąc prościej: jeśli nie wiesz co widzi twój widzący partner, jeśli nie wiesz, co to znaczy,to mu nie pomożesz. W drugą stronę jest zresztą podobnie. Osoba widząca, która nie wie jak działa czytnik ekranu pozostanie kompletnie bezradna wobec problemów swego niewidomego partnera. W tym modelu celem jest stworzenie przestrzeni wspólnej dla widzących i niewidomych w obszarze treści. Czy stworzenie niewidomego interfejsu do obsługi świata ma wpływ na to, jak ten świat będzie postrzegany, na analizę, percepcję i przetwarzanie informacji? Na tak postawione pytanie należałoby sobie odpowiedzieć.

Czytnik po arystotelesowsku

 

Arystoteles był naukowcem, badaczem, przyrodnikiem. Dla niego celem było pozyskanie danych o przedmiocie i ich analiza. Czytnik ekranu skonstruowany wedle tych założeń ma zatem do spełnienia proste zadanie: trzeba użytkownikowi dostarczyć dane o wszystkich obiektach na ekranie urządzenia. Czytnik w tym modelu nie ma być środowiskiem pracy, lecz czymś w rodzaju przezroczystego medium, które umożliwia niewidomemu interakcję z przestrzenią cyfrową. Przykładem zastosowania tej koncepcji był Window-Eyes.

Tu znów uwaga do miłośników szczegółów: chodzi o koncepcję deweloperską, a nie o takie czy inne skrypty czy funkcje. Warunek brzegowy dla czytnika arystotelesowskiego to dostarczenie użytkownikowi danych, które będzie mógł przeanalizować. Narzędzia wspierające tę analizę, czyli skrypty do obsługi aplikacji, filtry określające co i kiedy mamy usłyszeć z naszego syntezatora mowy lub zobaczyć na linijce brajlowskiej stanowią w tej koncepcji drugą, wtórną dla samego czytnika warstwę.

Zaletą takiej koncepcji jest możliwość doświadczania kontaktu z ekranem urządzenia w sposób podobny, jak czynią to użytkownicy widzący. Temu miała m.in. służyć stworzona przez GWMicro wirtualna myszka.

Wada, wynika z założenia, że osoba niewidoma wchodzi w interakcje z rzeczywistością w taki sam sposób, jak osoba widząca, że zatem powinna dostać kanałami niewizualnymi wszystkie te informacje, które widzący dostaje w kanale wizualnym.

Opis czy przekład? Sztuka czy technologia?

 

Oba podejścia do problemu wymiany informacji z otoczeniem, ich percepcji i analizy napotykają poważne trudności. Na pierwszy rzut oka wydaje się, że pójście w kierunku praktycznym, użytkowym, czyli odfiltrowanie ze świata cyfrowego tego wszystkiego, co ma znaczenie jedynie o tyle, o ile jest widziane, wydaje się słuszne. Jednak takie podejście stwarza poważne ograniczenia. Narzędzia skonstruowane w ten sposób nie pozwolą niewidomemu stworzyć treści, które byłyby atrakcyjne dla widzących.

Gdy zastosujemy podejście nazwane przeze mnie arystotelesowskim uzyskamy wprawdzie znacznie większy wpływ na to co i jak będziemy tworzyć, ale za cenę konieczności przebijania się przez masę informacji, które w świecie niewizualnym nie niosą sensu, to tak, jakby do normalnego funkcjonowania w świecie konieczne było korzystanie z języka obcego. Nie drugiego języka, lecz właśnie języka obcego, który wymaga od nas wysiłku tłumaczenia świata między własnym i obcym.

Dobrą ilustracją naszego problemu jest zagadnienie audiodeskrypcji.

Może wyrażam się tutaj mało precyzyjnie, ponieważ mam na myśli nie tylko komentarz tworzony dla widowisk czy filmów, lecz także tzw. opisy alternatywne. Twórcy tych opisów toczą spór o to jak należy je robić, jaką treść powinny zawierać. Prosta odpowiedź na to pytanie jak sądzę nie istnieje. Jak pokazałem powyżej spór między podmiotowym a przedmiotowym podejściem do informacji o świecie trwa już dobre dwa i pół tysiąca lat. Proponowany mi przez Facebooka opis w rodzaju: obraz może zawierać morze, plaża, dwoje ludzi, jedzenie, skłania do zadania sobie przez kogoś, kto nigdy niczego nie widział prostego pytania. Pytania o to, po co ludzie robią sobie zdjęcia.

Z kolei opis w rodzaju: Adam i Ewa na wakacjach we Włoszech jedzą lunch na plaży i podziwiają refleksy słoneczne na drobnych falach w zatoczce, wydaje się poza zasięgiem możliwych do pomyślenia narzędzi i to tak z powodów natury technologicznej, jak i społecznej.

Światy równoległe

Dążenie do przełamania bariery między tym, co wizualne i niewizualne wydaje się być tyleż słuszne, co bardzo trudne do zaspokojenia. Pojęcie sensu jest ze swej natury dość subiektywne. Przejście do kategorii danych przedmiotowych niczego zwykłym śmiertelnikom nie załatwia. Jest wysiłkiem podobnym do prób potocznego opisywania doświadczenia czterowymiarowości.

Czy zatem w ogóle da się coś zrobić? Moim zdaniem coś jeszcze zostało do zrobienia. Spotyka się np. czasami próby robienia audiodeskrypcji w taki sposób, że pełni ona nie tyle rolę narzędzia dostarczającego danych przedmiotowych, ile raczej jest czymś w rodzaju dodatkowego elementu dzieła sztuki tworzonego po to, by umożliwić niewidzącym udział w doświadczeniu estetycznym.

Czy czytnik ekranu powie nam kiedyś coś w rodzaju: otworzyłeś ładnie skomponowaną ulotkę lub sugeruję wygrubienie zaznaczonego fragmentu tekstu, ponieważ biorąc pod uwagę kontekst tworzonego dokumentu wydaje się, że zabieg ten uczyni informacje bardziej czytelnymi dla adresata? Trudno powiedzieć.

Czy i jak można próbować powiększyć obszar przestrzeni wspólnej między światem tego, co wizualne, a tego, co niewizualne? Nie wiem. Gdzie tak naprawdę przebiega granica?

Technologie są w naszych głowach

Wakacje to czas zaległych lektur. Wziąłem i ja do czytania książkę, którą dostałem jakiś czas temu od mej najlepszej przyjaciółki, muzy inspirującej mnie do wypraw w nieznane obszary rozwoju duchowego. Książka podczas lektury wydawała się być co najmniej niestrawna, ale, jak powiada stara mądrość ludowa, lekarstwo nie musi być smaczne. Ważne, żeby było skuteczne. Przejdźmy zatem do technologii.

Wszystko zaczyna się od dogmatów

Każdy z nas w procesie kształcenia i wychowania buduje sobie jakiś system przekonań, przyjmuje pewne nie wymagające dowodów, pierwotne założenia, które pełnią rolę filtrów do ogarniania rzeczywistości. Są to twierdzenia w rodzaju: Bóg istnieje, Bóg nie istnieje, należy czynić dobro dla innych, moje dobro jest najważniejsze, nowoczesne technologie wypierają stare rozwiązania, nowoczesne technologie buduje się jako ulepszenie starych rozwiązań itd. To ostatnie można bardziej pierwotnie wyrazić w postaci pary: postęp jest kumulacją i syntezą wcześniejszych doświadczeń, postęp jest wynikiem tworzenia antytezy dla poprzednich doświadczeń.

 

W rozmowie z pewnym informatykiem usłyszałem, że przecież przekonania religijne nie mają wpływu na proces tworzenia programów komputerowych. Być może nie wpływają one na to z jakich elementów – bibliotek, procedur, obiektów – zbudowano aplikację, ale już funkcje tej aplikacji, sposób wymiany informacji z otoczeniem, czy sposób prezentowania ich powiedzmy na stronie internetowej, mogą być od takich założeń zależne. Zainteresowanym polecam poszukanie w sieci strony Facebooka zrobionej na potrzeby ortodoksyjnych Żydów.

 

Ale jak to wszystko ma się do technologii? Co to wszystko ma wspólnego z niewidomymi?

Technologie tworzą ludzie z myślą o ludzkich potrzebach. Mój tekst o brajlu wywołał dyskusję, w której głównym elementem była teza, że jestem wrogiem nowoczesnych technologii i bronię brajla jak niepodległości gardząc przy tym wszystkimi, którzy ośmielają się uważać inaczej. Gdy jednak wczytałem się w wypowiedzi adwersarzy znalazłem pod spodem takie oto dogmaty:

  1. Brajl jest niewygodny, korzystanie z brajla to mozolne obmacywanie kropek; nigdy nie czytałem brajlem płynnie; skróty to dobra rzecz, ale się nie przyjęły; syntezą ogarniam więcej, lepiej, szybciej. Dogmat? Brajl stoi w opozycji do tego co nowoczesne i jako przestarzały powinien zginąć bo na obecnym etapie stanowi raczej przeszkodę we włączaniu niewidomych w obieg cywilizacji niż coś innego.
  2. Braille był geniuszem i należy mu się szacunek. Poprawność polityczna każe by niewidomym dawać możliwość czytania i pisania bo przecież niewidomi powinni być jak cała zdrowa reszta. Każdy kto nie potrafi pisać i czytać jest w zależności od tego czy zjawisko jest wtórne czy pierwotne, oraz czy jest to kwestia braku umiejętności czy też niemożności wykonywania funkcji czytania i pisania,  w jakimś sensie analfabetą. Racjonalizacja na poziomie dogmatu? Nasz problem jest coraz mniej istotny, bo przecież wszyscy odchodzą od pisma.

 

Skoro tak, to dlaczego oburzacie się drodzy czytelnicy, gdy mówię, że piśmienność jest cechą człowieka kulturalnego? Dlaczego was tak bardzo ten brajl uwiera. Odpowiedzcie sobie sami. Nie jestem prorokiem od pouczania. Moim zadaniem jest pokazać, że my, to znaczy, że ja też, ja Damian Przybyła, tak jak każdy z moich czytelników, ani mniej, ani więcej, mamy problem. W głębokich warstwach pierwotnych przekonań nie traktujemy brajla tak, jakby był normalnym pismem.

Chcecie przykładu?

Wszystkie znane mi urządzenia brajlowskie tworzone są jako terminale do urządzeń mobilnych lub komputerów, albo jako notatniki brajlowskie. Dlaczego? Bo twórcy tych urządzeń mają z tyłu głowy pierwotny dogmat: brajl nie służy do czytania tylko ewentualnie do pracy.

Jeśli się mylę, to istnieje jakiś czytnik ebooków zaprojektowany dla niewidomych, nie słuchalnik, synteźnik, ale czytnik, urządzenie do mozolnego wymacywania kropek obsługujące formaty powszechnie używane do dystrybucji książek elektronicznych i zoptymalizowane pod kątem ich obsługi.

Dogmaty w innych obszarach

Zgodnie z wytycznymi poprawności politycznej głosimy, że ogarniamy niepełnosprawność, że nie stanowi ona problemu i jeszcze troszkę udoskonaleń prawnych, technicznych, społecznych, a problemy się rozwiążą. Niby tak, ale.

Czy ktoś, kto miał do czynienia z osobami poszukującymi dla siebie psa przewodnika zaprzeczy, że częstym pytaniem zadawanym przez kandydatów na właściciela psa jest pytanie, czy będą mogli dzięki psu zrezygnować z używania białej laski? A prace nad laską laserową, ultradźwiękową, wszelkimi wykrywaczami przeszkód, czy nie są świadectwem ogromnych wysiłków na rzecz odejścia od białej laski? No i żeby nikt mi nie ośmielił się Przybyle zarzucać, że potępia takie wysiłki. Ja ich nie oceniam. Pytam tylko, czy nie świadczą one o tym, że ślepota nas uwiera. W mojej opinii tak jest. Co więcej, to żaden wstyd. Mamy prawo podnieść głowę i powiedzieć: cierpię z powodu mojej niepełnosprawności. To nic złego ani nic dobrego. Równie dobrze mogę powiedzieć: pierdzę po grochówce, bekam po napojach gazowanych, oddycham.

Uwolnić marzenia

Zapytacie po co to całe obnażanie się. Otóż uważam, że przyznanie się przed sobą do słabości, uprzedzeń, rozczarowań, frustracji, ale także do najbardziej zwariowanych, sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem i wiedzą marzeń, może mieć istotne znaczenie w procesie tworzenia rozwiązań, które wpłyną na poprawę jakości naszego życia. Na drzwiach Akademii Platońskiej był napis: poznaj samego siebie. To trudne, ale potrzebne. Mój tekst o Darze niepełnosprawności, jest próbą przełamania stereotypu. Pracując w hospicjum zrozumiałem, że bycie osobą niepełnosprawną jest w tamtych warunkach dobre, bo umożliwia danie osobom cierpiącym swojego cierpienia, uczynienie z niego rodzaju pomost u, płaszczyzny do wspólnego wędrowania przez bardzo trudny kawałek życia. Takich sytuacji jest o wiele więcej.

W Tyfloświecie ukazał się kiedyś mój tekst pod tytułem Sceny z życia małżeńskiego. Był o tym, że technologie pierwotnie robione dla niewidomych powinno się tworzyć mając z tyłu głowy pytanie: a co z tego będą mieli ci pełnosprawni. Dowodem, że tak nie jest jest choćby to, że Siri nie jest w naturalny sposób zintegrowana z VoiceOver, a asystent Google i Talkback nie są parą komplementarną. Czemu? Ponieważ twórcy tych aplikacji kierują się przy ich tworzeniu dogmatem o rozdzielności potrzeb grup docelowych.

Drogi Jacku. W technologiach może rzeczywiście inżynier wiele już nie wymyśli, ale Mały Książę być może będzie w stanie pokazać inżynierowi całkiem nową drogę fascynujących implementacji. Technologie to nie hardware, nie software, ani nawet nie optymalne skompletowanie tych obu czynników i dopasowanie ich pod kątem realizacji jednej czy drugiej funkcji. Technologie to my, to nasze pragnienia, łzy, radości, technologie są przede wszystkim w naszych głowach.