Gaad majowy, czyli kazanie o dostępności

Ostatnio zamieściłem na Facebooku zdjęcie brajlowskiej etykiety sera pleśniowego. Nawiasem mówiąc całkiem dobry był ten ser. Spotykam czasem takie kasze i ryż sprzedawane pod marką Melvita. Kilka razy trafiłem na herbatę, a raz nawet na wino z brajlowską etykietą. To ostatnie dość podławej jakości. Zapytacie może na co nie trafiłem? Nie trafiłem niestety na niewidomych wysyłających do producentów listy z podziękowaniami za to, że robią coś dobrego, z informacjami, że opatrzony taką etykietą produkt jest dla tej grupy bardziej atrakcyjny. Nie natknąłem się też na działania PZN, czy innych organizacji osób  dysfunkcją wzroku promujące potrzebę brajlowskiego etykietowania produktów. To ostatnie nie powinno zresztą dziwić. Większość niewidomych to przecież analfabeci, którzy w dodatku ze swego analfabetyzmu uczynili cnotę. Często spotykam się ze zdaniem w rodzaju: brajlem trochę czytam, no ale żeby tak zaraz w miejscu publicznym… to przecież wstyd, coś jakby człowiek gołą dupę w kościele pokazał.

Powiecie, że się czepiam. Nie, bo przecież nie o dyskusję mniemanologiczną o wyższości brajla nad mową syntetyczną mi chodzi. Czepiam się czegoś zupełnie innego. Czepiam się tego, co nazywam układaniem się w najciemniejszym kąciku.

A jak to wycofanie przekłada się na ogólny poziom dostępności?

Zaskakująco. Oto historyjka z kraju patologicznie przeżartego poprawnością polityczną.

Od jakiegoś czasu jestem członkiem grupy testerów Narratora. Ponieważ w dziedzinie technologii zawsze byłem ignorantem i tym razem muszę włożyć sporo wysiłku by dobrze udawać, że wiem, o czym te zakręcone nerdy w ogóle gadają. Słucham więc sobie rozwlekłych podcastów o świecie Windows. W jednej z tych audycji grono namaszczonych wiedzą i Microsoftem guru wypowiadało się także o dostępności. Ton był mniej więcej taki, że ta dostępność, to oczywiście jest potrzebna, bo jesteśmy cywilizowani, no i tej garstce trzeba jakieś okruchy rzucić, ale nie, żeby tak zaraz prawdziwe zasoby, żeby tak zaraz serio coś z tym robić, a jeśli już szaleńcy z Microsoftu tak nas tą dostępnością „ewangelizują”, to niech ona przynajmniej nie będzie tak bardzo wyeksponowana.

No cóż, radykałowie doradzają postawę skrajnie przeciwną mówiąc: be proud of your cane. I, jakkolwiek każda przesada wydaje się szkodliwa,przyznać trzeba, że nieobecni nie mają racji. Nie mają i to do tego stopnia, że w wielu samochodach czynności tak wydawałoby się prozaiczne, jak otwarcie drzwiczek czy bagażnika, znajdują się na granicy lub wręcz poza zasięgiem ich możliwości. Czemu? Bo przecież inżynierowie projektujący auta nie wiedzą, że osoba niewidoma może być w związku równoprawnym partnerem osoby widzącej, że więc może chcieć spakować auto na wakacje, albo może chcieć mieć możliwość zmiany ustawień radia, klimatyzacji czy zamontowanej na pokładzie nawigacji GPS, że te czynności odciążają kierowcę, a co może jeszcze ważniejsze, że mają wpływ na społeczne funkcjonowanie osoby z niepełnosprawnością, a ściślej, na pozycję takiej osoby w związku.

Podobne przykłady znajdziecie w wielu innych dziedzinach. Np. brak elementu społecznego w pracach nad adaptacją podręczników szkolnych sprawia, że jest ich tak niewiele, bo nikomu chyba do głowy nie przyszło, że zainteresowanymi odbiorcami mogą być obok dzieci także niepełnosprawni rodzice.

Czemu rozwój technologii asystujących wszedł w fazę stagnacji?

Zjawisku stagnacji w tej dziedzinie nie ma co zaprzeczać. Budzące dawniej wielkie zainteresowanie wydarzenia takie jak doroczna konferencja CSUN czy odbywające się we Frankfurcie targi Sight City, stały się nudne. Dlaczego? Otóż moim zdaniem jest tak dlatego, że dostępność przestała być wyzwaniem natury technicznej. Stała się jedną z wielu rzeczy, które po prostu można zrobić. Inżynierowie poszli więc rozwiązywać nowe problemy. Teraz jest czas na humanistów. Czas, by powiedzieć po co nam ta cała dostępność, czas na to, by walczyć o należne nam miejsce w społeczeństwie. Mówiąc żartem: nie można być trochę w ciąży. Nie można być niewidomym wtedy, gdy jest mi z tym wygodnie, a obywatelem wtedy, gdy odniosę z tego korzyści.

Ale jak ma się to do technologii? Stagnacja zostanie przełamana, gdy pojawi się wyzwanie napędzające rozwój. Problemem do rozwiązania nie powinna więc być dysfunkcja wzroku, lecz to, jak żyjąc w wymuszany przez naszą dysfunkcję sposób osiągnąć w świecie należną nam pozycję, jak spełniać w nim ludzkie role społeczne. A żeby tym wszystkim guru od technologii poprawić samopoczucie może podpowiadajmy im, że rozwiązania ułatwiające życie niepełnosprawnym można projektować tak,by i ci całkiem sprawni odnosili z nich korzyści.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s