Wykluczeni z wyboru

Od kilku lat życie zmusza mnie do zajmowania się problemami osób z niepełnosprawnościami. Nie powiem żebym to lubił. Jestem jak Jonasz. Zrobiłem wszystko co tylko możliwe byle tylko nie zajmować się tą problematyką. Po odejściu ze szkoły w Laskach odetchnąłem z ulgą. Pomyślałem, że wreszcie ten świat gorszych, nienormalnych, skrzywionych, bez nadziei i szans, świat w którym jestem ślepotą a nie Damianem, pozostawiam za sobą. Kontakty ze środowiskiem ograniczyłem do niezbędnego minimum i na jakieś dziesięć lat z niewidomego świata zniknąłem. Do dziś nie jestem członkiem żadnej organizacji niewidomych. Kto jednak wyciąga stąd wniosek, że mam w pogardzie osoby z taką czy inną niepełnosprawnością, z pewnością jest w błędzie. Ślepota jest dla mnie źródłem wielkiego i trwałego cierpienia. W pewnym momencie życia była ona wręcz powodem poważnego rozważania samobójstwa jako sposobu rozwiązania problemu.

Tyle tytułem autobiograficznego wstępu. Był on konieczny, bo to, co mam do napisania będzie wredne, brutalne i przykre dla niewidomych. Nie oburzajcie się. Jestem jednym z was i mnie to też tu czy w innym miejscu dotyczy.

Zacznijmy nasz rachunek sumienia

Ślepoty można używać

Wiele lat temu wziąłem udział w przedsięwzięciu teatralnym. Rzecz wywołała oburzenie, ponieważ reżyser zaangażował osoby niewidome, bo na scenie potrzebował ślepoty. Uznał, że lepsza ślepota prawdziwa, niż jakiś sztuczny zamiennik. Byłem gorącym zwolennikiem takiego podejścia. Uprzedmiotowienie niepełnosprawności dawało poczucie kontroli nad nią, miało wielki walor terapeutyczny.

A teraz ta gorsza strona zjawiska. Ilu z nas wykorzystuje swoje otoczenie z powodu niepełnosprawności? Ile razy spychamy to czy tamto na widzących zasłaniając się niewidzeniem? Zrobimy to wolniej. Nie będzie tak dokładnie. Dla ciebie to łatwiejsze bo widzisz. Zaprowadź mnie… Zrób za mnie zakupy… Przykłady można mnożyć. Utrwalone wśród sprawnej części ludzkości przekonanie o wielkim ciężarze naszych ograniczeń sprzyja takiemu postępowaniu.

Ślepota usprawiedliwia bierność

Używanie ślepoty nie jest bezkarne. Gdy już nauczyliśmy się manipulować naszym otoczeniem konsekwentnie myślimy o sobie w sposób usprawiedliwiający tę manipulację. Skoro sprawnym oddajemy kolejne obszary aktywności w naturalny sposób przyjmujemy, że nasza niepełnosprawność wyłącza nas z tych obszarów. To konieczne, bo człowiek musi funkcjonować w sposób racjonalny. Mechanizm samoograniczania powoduje stopniowe kurczenie się obszaru naszej sprawczości. Zamiast myśleć: jak rozwiązać ten problem, myślimy: jak ubrać w rozwiązanie problemu osoby pełnosprawne. Zamiast zastanawiać się jak rozszerzyć obszar możliwości na wszelki wypadek przyjmujemy, że czegoś nie da się zrobić. Gdybyśmy byli gotowi na przyjęcie konsekwencji działania tego mechanizmu, to jedynym problemem, niezbyt jak się wydaje dotkliwym, byłoby przypięcie nam łatki pasożytów społecznych. Widzący i tak nam tego w oczy nie powiedzą, bo ślepoty strasznie się boją. Były nawet takie badania, w których wyszło, że powoduje ona większy lęk niż zachorowanie na AIDS lub nowotwór. Tyle tylko, że my chcielibyśmy być „trochę w ciąży”. Powszechne jest postępowanie wedle schematu, który można opisać jako „Gdy przyniesie mi to korzyści jestem niepełnosprawny, ale gdy mogę skorzystać na odrzuceniu niepełnosprawności, to oczywiście nie stanowi ona problemu, bo przecież jestem taki jak wszyscy”. Na usprawiedliwienie łatwości z jaką włącza się ten mechanizm można chyba tylko powiedzieć, że tak my jak i nasze otoczenie nie potrafimy obsługiwać niepełnosprawności. Pełnosprawnym jest wygodnie, gdy my jesteśmy zmarginalizowani. To mniej kosztuje, to jest łatwiejsze i wreszcie coś, co wywołuje lęk i niechęć trzeba jakoś oswoić.

To wstyd nie widzieć

Nie znam osoby z niepełnosprawnością, która nie odczuwałaby z tego powodu stygmatyzacji. Znam jedynie wielu, którzy wyćwiczyli się dobrze w zaprzeczaniu. Osoby tracące wzrok odsuwają moment wzięcia białej laski do ręki tak bardzo jak to tylko możliwe, a nawet daleko za rozsądne granice bezpieczeństwa. Niewidomi od zawsze, sam zaliczam się do tej grupy, nie są wiele lepsi. Ile razy wybieraliśmy chodzenie z przewodnikiem po to tylko, żeby laskę, składaną i malutką, dyskretnie ukryć w torbie. A czytanie brajlem? Wielu z nas z uporem godnym lepszej sprawy udowadnia sobie i  światu, że korzystanie z mowy syntetycznej jest pełnowartościowym zamiennikiem pisma, a to przecież oczywista bzdura. Gdyby tak było widzący z pewnością zrezygnowaliby z pisania. Używanie brajla budzi opór, bo upublicznia niepełnosprawność. Twierdzenie, że osoba dorosła nie opanuje pisma, bo w pewnym wieku jest to już niemożliwe, jest nieprawdziwe. Skoro są ludzie, którzy już jako dorośli odzyskali wzrok i nauczyli się korzystać z pisma, osobiście znam kogoś takiego, są tacy, którzy jako dorośli stracili wzrok i opanowali brajla w sposób dostatecznie dobry by korzystać z brajlowskich podręczników do nauki języków obcych, to wypada tylko powiedzieć, że jedynym usprawiedliwieniem niekorzystania z pisma mogą być poważne powody medyczne takie jak np. polineuropatia cukrzycowa, a upieranie się przy niekorzystaniu z pisma jest niczym innym jak dobrowolnym wykluczaniem siebie z uczestnictwa w kulturze. Gdy czytam brajlem w miejscu publicznym jestem jak alkoholik, który otwarcie mówi, że nie pije, bo jest uzależniony. Nie neguję dobrodziejstw płynących ze zdobyczy technologicznych. Chodzi tylko o to, że technologie te nie rozwiną się w sposób zapewniający nam należne miejsce w społeczeństwie, jeśli naszym sposobem na życie będzie wykluczenie z wyboru.

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google

Komentujesz korzystając z konta Google. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

Połączenie z %s